.
.
.
Everybody wants to be someone, are you happy with what you are (The Sweet)
Każdą podniosłą rzecz można spłycić niesamowicie, wiadomo to powszechnie, zresztą samo to zdanie jest już porządnie wyświechtane.
Czułam się nawet ostatnio taka niezwykle wyjątkowa, sama dla świata choć świat już nie koniecznie tylko dla mnie, gdy olśniło mnie niespodziewanie; wszyscy już to znają, słonko.
Na całe szczęście, już miałam obdzwaniać redakcje, ba, czemu się wysilać, lada moment ktoś z pewnością uświadomi sobie fakt mojego istnienia i sam będzie skomlał o kilka słów komentarza.
Ależ bym się dała złapać, nie pierwszy raz, to prawda, ale dość nieprzyjemne to uczucie, gdy każdy wie to, co ty właśnie odkrywasz.
Właściwie cały czas ktoś mi odbiera radość z poznawania. Skoro każda moja relacja z tych niezwykłych dla mnie chwil kończy się krótkim "No, wiem" to może po prostu złapać paru przypadkowych obywateli i poprosić o szczegółową relację z wszelkich przygód i doświadczeń życiowych. Niechże mi zastąpią własne i nie pozwalają się rozczarować.
Myśl moja, niezwykle odkrywcza "na końcu zawsze zostajesz sam" jak się okazało, wcale nie dotyczy mnie i moich spraw (och, egoistko niepoprawna!), jest to właściwie schemat, powielany w filmach, książkach, komiksach, wszystkim co się nawinie; przyjaciele zawsze się wykruszą, ktoś po drodze złamię nogę, inny zostaje zająć się złapanym w sidła króliczkiem, następny odjedzie w dal tęczy na jednorożcu. A bohater tejże chwili zostaje w ciemnym zaułku sam, ciemną, zimną, bezksiężycową nocą (albo lepiej podczas pełni, liczy się przecież ten dramatyczny efekt).
Więc to nie ja zostaję sama tylko każdy dziś, jutro, za rok, nigdy, a ja tu przeżywam (trudno mi jest, ojejku-jej, jakże trudno przyznać) bo może czasami to już się po prostu nie da, tak przekonywująco samej sobie wmawiać, że najwyjątkowszą z przenajniezwyklejszych istot w tym kawałku wszechświata jestem.
A jeszcze jakie to przeokropnie śmieszne gdy siedzimy tacy "jak widzisz swoje szanse na zatrudnienie" i "czy ten kierunek daje mi realne możliwości rozwoju" pilnujemy się nieustannie, doroślejsi niż większość osób, które znam. Elegancko, staramy się siedzieć prosto, delikatnie pić herbatkę i unikać co niektórych słów.
A do końca tygodnia większość z nas i tak zdąży się parę razy upić tak, że zapomną jak się poprawnie wymawia "Déjà vu"
(jak się dowiedziałam, szalenie ważne, gdy chce się stworzyć dobry wizerunek i utrzymać tę kruchą iluzję dłużej niż tydzień)
komentarze [1]I can't do this all on my own. No, I know I'm no Superman... (Lazlo Bane)
Tak właściwie, to nie wiem, czego dokładnie się spodziewałam, może liści spadających z drzewa, układających się w locie w słowa Ach, to już, a może chórku złożonego z kotów i żurawi w balowych sukniach, tańczących i wznoszących pod niebiosa radosne okrzyki To ta chwila właśnie, czas wracać kochanie.
Zostawiłam w jednym kącie uroczne moje zabaweczki i w radosnych podskokach pomknęłam do drugiego. A tam same cuda, zmiany aż czuć w powietrzu, objawiają się w postaci burzy średnio co dwie sekundy.
I chociaż wiem tyle tylko, co wyczytałam w podręczniku pięć minut przed lekcją, poczułam się tak ważna i wszechpełna wiedzy, jakbym tysiąc już lat i miłości przeróżnych miała za sobą, a świat cały w każdym miejscu witał mnie radosnych Och nie, to znowu ona.
Szłam więc tak, za rączkę prowadzona przez równie ślepe Szczęście, które, jak wyczytałam wczoraj na ulotce nowych leków, założyło się znów z Losem, które pierwsze zrzuci mnie ze schodów Życia. Szczęśliwa jak pchełka i pudełko ciasteczek razem wzięte, bez większego wysiłku spaliłam kilka miast, pobiłam parę szklanek i wyrzuciłam z pamięci właściwie wszystkich, o których myślałam jeszcze niedawno, że moi są i już nigdy nie znikną mi sprzed oczu. A że nikt nie pokazał i nie wytłumaczył, sama zaś w kojarzeniu najwyraźniej nie jestem zbyt dobra, nie zauważyłam, jak to znowu coś jest nie tak.
Biegam teraz i próbuję zebrać raz jeszcze każdą małą cześć, stworzyć z nich przebajecznej urody makatkę, ot, w sam raz do powieszenia nad łóżkiem. Niestety, czas przeprosin i błagania o setną już szansę minął najwyraźniej, bo do czyich drzwi bym nie zapukała, słyszę już tylko, owszem, tak, pewnie, lecz teraz, niestety, teraz to nie, spróbujemy od jutra z tymi przyjaciółkami na zawsze, dziś śpię, tańczę i modlę się do tego cudownego nowego Boga, daje mi zniżkę na buty i łaskę wieczną, wpadnij kiedyś, pogadamy.
Po pierwszym szoku dochodzę jednak do wniosku, że mam też inne, dużo ciekawsze problemy, tusz do rzęs rozmazujący się na szkłach okularów, kolejny martwy domowy ulubieniec,
Ot, nic tylko kupić w końcu tego ślicznego wypchanego lisa z wystawy – pocieszy, rozbawi, zaprosi do kina, ideał po prostu.
komentarze [5]Bo w moich oczach tysiąc słów
Idziemy całkiem blisko siebie, ale na tyle daleko, żeby nie dotknąć się przypadkiem, bo w końcu nam wcale nie zależy, gdzież tam, po prostu przypadkiem błądzimy tak tą samą stroną ulicy. Wyjątkowo ładnej ulicy, o czym wspomnieć trzeba koniecznie, gdyż niezliczona ilość wcześniej mijanych oprócz bezpiecznych więziennych płotów i wielkich ujadających bestii miała też w komplecie sporą ilość przechodniów, tych z gatunku wścibskich, bezczelnie wpatrujących się w jej dekolt dupków. Nie przesadzam, nie.
I w sumie to było dobrze, bo gdy powiedziałyśmy wszystko, co tak bardzo nam przeszkadzało i doszłyśmy do wniosku, że nic nie da się już zmienić, zrobiło się lekko i zbyt
tak jak trzeba by choć przez chwilę jeszcze mówić.
Tylko jak tu nie mówić dalej, bo chociaż gdy mówię to wszystko psuję, to nie zawsze przecież będziemy tak
rozluźnione, by tylko słuchać czegośtamczegoś, byleby tylko było myzykopodobne, albo te gwiazdy hamujące wszystkie słowa, skąd ja je wezmę w południe lub rano,
Jak powiedzieć żeby nic nie zepsuć?
komentarze [6]Hej, chcesz mnie, to bierz, umiem ścielić pranie, prasować łóżka i podlewać kota.
W ramach zacieśniania rodzinnych więzów, odbyłam dziś czterogodzinną, błotnistochlapną i chłodno wietrzną wycieczkę, pełną takich atrakcji, jak znikający nagle grunt, czy też kładki w postaci wąskich, chybotliwych drzew. Przy jednej takiej przystanęła Mysza, z trawą na kurtce, błotem na pyszczku i malowniczo rozwiązanymi sznurówkami.
-Kochanie, zawiąż buciki- zaćwierkała słodko mamusia.
-Chcesz cukiereczka? Batoniczka? No zawiąż, zawiąż, skarbie… A w dupę chcesz? No, zawiąż, zawiąż – kusił tatuś.
-Tam są krzaki, za nimi jest ukryte przejście do jaskini… Dzików? Tak, dzików trzygłowych, każdy ma dziewięć ogonów, sześć par łap i toczy pianę z pyska. Polują nocą, skradają się po polach, woda się przed nimi rozstępuje, gdy przechodzą przez rzekę, przenikają przez ogrodzenia, wpełzają po ścianach i zwijają się w kłębek po poduszką, żeby wygodniej było im pić krew. Ich przysmak to małe dziewczynki w bordowych spodniach, niebieskich kurtkach i różowych czapeczkach z cekinami. Zawiąż buciki – zachęcałam z mglistym przeczuciem nadchodzącej klęski.
Spojrzała z wyrzutem, zamyśliła się głęboko, zerwała z głowy cekinową czapeczkę i cisnęła ją rybkom na pożarcie.
Tak oto po raz kolejny ujawnił się mój niesamowity dar nieprzekonywania innych.
Nikt nie wierzy, gdy mówię, że od dziś to już będę wspaniała, grzeczna i taka jak chcę, idealnie kochana, dobra, słodki aniołek z wstążkami we włosach.
I chociaż naprawiłam wszystko najlepiej jak umiałam, nawet Ona nie wierzy, gdy mówię, że już jestem pewna, to musi być miłość, bo skoro jeszcze nigdy tak bardzo nie tęskniłam, to po cóż nazywać to przyzwyczajeniem czy wmawianiem światu, że jednak lepiej jest niż naprawdę, skoro można łatwiej, przyjemniej i jakże piękniej, uznać wszystko za zakochanie,
i płakać i cieszyć się i mówić każdemu i co z tego, że jestem młoda i głupia, to takie słodkie, gdy bez przekonania wciąż mówisz
tak, zależy mi, tak
komentarze [8]In fact it took heaven to hit hell with a frying pan to make me put this online.
Znowu w swojej nieskończonej naiwności przyniosłam do domu skarb, bibelocik uroczy, kolorowy zabieracz miejsca na półkach i nie tylko. Przyniosłam, jak mały wszechświat w buteleczce ostrożnie położyłam koło łóżka i zachwycona cichutko marzyłam jakże wielka to będzie zmiana, jakże niebieściej będzie jutro wśród chmur i jakże sto i więcej razy słodko będzie mi każdy wypominał drobniejsze z przewinień.
Potem drobna miłostka, jakiś wypadek mały przy każdej rozmowie, włosy mam czarne, oczy zmęczone, nawet spaliłam te głupie, staromodne wypracowania, każde z dopiskiem nie mogę się doczekać, kiedy mnie odwiedzisz, co szczersze pochowane w książkach, co weselsze i o problemach z rozdwajającymi się końcówkami, dawno temu wysłane.
Bo Ją też spaliłam i gdy patrzę w lustro widzę tylko skończoną idiotkę, taką co daje odejść tej najnaj, a potem spokojnie ogląda Family Guy'a (zaś po miesiącu budzi się ze snu, bo nie ma, brakuje, tęskno i zimno choć śnieg nie pada ).
Ale zamiast poprzepraszać, poskamleć i cieszyć się z odzyskanego szczęścia, wyciągałam rączki po nowe, lepsze, piękniejsze, tylko dla mnie i mojej pustej główki. Zapukaj, usłyszysz echo, powiedziałabyś pewnie, ale nic z tego, kochanie, uciekłaś daleko, jakoś wcale się już nie dziwię, poznałam się troszkę lepiej i wołałabym zapomnieć o tej znajomości.
A cóż ze skarbem, z uroczym barwnym moim, spytam sie i zaraz też sobie odpowiem. Kurz padał, godziny leciały, a małe, długokiełne słodkooczne zmartwienia rosły na półeczce, tuż obok talii kart i tych krótkochwilnych nowych perfum. Aż w końcu wyjęłam kluczyk cieńszy niż kartka papieru ( był dobrze ukryty w nasadce pióra ), otwarłam skarb nieziemski, a drobne igiełki ( mają skrzydła jak ważki, jakby tęcza zamknięta w kropli wody ), nie dają ani zamknąć oczu, ani skupić się na fascynującym świecie funkcji kwadratowych na dłużej niż pięć sekund.
Pozbierałam wszystko, posklejałam gumą balonową i trzymam w pudełku szklanym. A im dłużej obserwuję, tym bardziej widzę - to co mną było, wyrzuciłam, zapomniałam, aby tylko doroślejszą przez chwilę, poważną wreszcie do końca zostać, a te wspaniałe nowe miłości, przyjaciółki, nadzieje, najgłupsze marzenia jakie dotąd zdarzyło mi się mieć, obejrzałam dokładniej i ze wstrętem wyrzuciłam.
A więc zostałam z niczym, bo choć kolejne nowe spogląda mi czasem w oczy i kusi, to wiem już na pewno, że mnie nie spotka - w końcu, po co niby, skoro tylko zniszczyć każdy spokój potrafię.
komentarze [4]
2006
sierpien wrzesień październik listopad grudzień 2007
styczeń luty marzec kwiecień maj czerwiec lipiec sierpien wrzesień październik listopad grudzień 2008
styczeń marzec kwiecień maj lipiec 2010
styczeń
Szablon wykonała Luna. Tu jest ich więcej, a obrazek jest stąd.