W mojej wielkiej naiwności wydawało mi się, że wraz z upływem czasu człowiek pozbywa się wątpliwości. Nie tyle przez nagły przypływ wiedzy czy ogólnego dorastania, ale przez natłok obowiązków i konieczność tak zwanego robienia czegoś ze swoim życiem.
To niezwykle irytujące stwierdzenie nieustannie mnie prześladuje. Jest matura, są studia ale i tak co trochę słyszę „i co teraz?”. Jak to? Nie wystarczy? Nie mogę z tym poczekać do tego inżyniera czy tam magistra i wtedy przygnieciona wszechogarniającą depresją związaną z bezrobociem, zacząć się nad tym zastanawiać? Mam całe życie do zmartwiania się, problemów, niespełnionych ambicji i całej reszty czynników nieuchronnie przybliżających mnie do skończenia z piętnastką kotów w domu na uboczu. A teraz posiedzę na wykładach, ponarzekam na mieszkanie w trójkę w jednym pokoju / moja jedyna szansa na normalny kontakt z innymi ludźmi, bądź przeklęta nieprzemijająca nieśmiałości / i spokojnie przemknę przez kolejny rok.
To aż nieprzyzwoite żeby wkładać troski i zmartwienia między strony tak doskonale zaplanowanej przyszłości.
I jak na przekór temu wszystkiemu martwię się, boję i tak mi melancholijnie
/bo to ładne słowo, brzmi jak coś żywego, co mieszka na strychu /.
Szablon wykonała Luna. Tu jest ich więcej, a obrazek jest stąd.